ŚWIETLICA KRYTYKI POLITYCZNEJ W CIESZYNIE POWSTAŁA W 2009 ROKU. PROWADZIMY ZAJĘCIA EDUKACYJNE ORAZ ARTYSTYCZNE DLA DZIECI W WIEKU 6-12 LAT. PONADTO ORGANIZUJEMY SPOTKANIA, PANELE DYSKUSYJNE I DEBATY. NASZA SIEDZIBA ZNAJDUJE SIĘ W BUDYNKU DAWNEJ STRAŻNICY NA MOŚCIE PRZYJAŹNI.
poniedziałek, 26 lipca 2010
niedziela, 11 lipca 2010
środa, 30 czerwca 2010
Rozmowy o sztuce i przestrzeni publicznej z Joanną Rajkowską

3 lipca (sobota) 2010, godz. 19:30
Klub Krytyki Politycznej na Śląsku,
Świetlica w Cieszynie
ul. Zamkowa 1, Cieszyn
„Artyści lat 90. odczarowali wyobraźnię utkaną z symbolicznych kierunkowskazów dotychczasowego normatywnego obrazu polskiej kultury. Sztuka polska lat 90. weszła zarazem w przestrzeń publiczną. Trudno dziś jednoznacznie orzec, na ile działo się to świadomie, na ile intuicyjnie, a na ile jeszcze było ucieczką z >białego sześcianu<>Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich. (...) polskiemu społeczeństwu >palma stanęła na drodze< ”
Stanisław Ruksza,”Utopia od podstaw” (Rajkowska. Przewodnik Krytyki Politycznej)
Joanna Rajkowska- jedna z najżywiej dyskutowanych współczesnych polskich artystek. Autorka „Pozdrowień z Alej Jerozolimskich” (Palma na Rondzie de Gaulle'a w Warszawie) i „Dotleniacza”. Laureatka Paszportu „Polityki” za „niezwykłe projekty realizowane w przestrzeni publicznej, za wyciąganie ręki w kierunku błąkającego się po mieście człowieka”.
Joanna Wowrzeczka - Warczok- malarka i socjolożka. Pracowniczka Instytutu Sztuki Uniwersytetu Śląskiego. Członkini Krytyki Politycznej.
wtorek, 22 czerwca 2010
poniedziałek, 21 czerwca 2010
sobota, 3 kwietnia 2010
"Zanim pozwolimy odejść Balcerowiczowi" Łukasz Moll
Wokół 20 lat polskiej transformacji narosło wiele mitów, które dziś są ciągle silne i żywe. Mitów różnorakich, bo nie tylko wynoszących na piedestał samo przedsięwzięcie i jego autorów, ale także tych opartych na teoriach spiskowych, nazywających odpowiedzialnych za przejście z gospodarki centralnie sterowanej do wolnorynkowej zdrajcami. Książka czołowego polskiego ekonomisty, prof. Tadeusza Kowalika, "www.polskatransformacja.pl" skutecznie obala te właśnie mity, dokonuje rzetelnej oceny tego okresu z mało widocznej dziś perspektywy. Odczarowując tamte wydarzenia i postacie, pozwala nam łatwiej dostrzec pozytywne i negatywne skutki przemian, stracone szanse i błędnie dokonane wybory.
Tadeusz Kowalik nigdy nie ukrywał, że nie należy do zwolenników "terapii szokowej", planu Balcerowicza i neoliberalnych recept, przepisywanych państwom jak świat długi i szeroki, z pominięciem ich lokalnej specyfiki, kulturowych odrębności, czy historycznych uwarunkowań. Jego krytyka prof. Leszka Balcerowicza jako głównego budowniczego nowego ładu ekonomicznego w Polsce, jest jednak daleko bardziej wyrafinowana od pustej, populistycznej reakcji w stylu "Balcerowicz musi odejść" Andrzeja Leppera, czy równie prymitywnym antykomunizmie, dyskredytacji III RP jako Polski skorumpowanej, rządzonej przez układ, co od lat uskuteczniają bracia Kaczyńscy, obiecując przy tym rozliczenie się z odpowiedzialnymi za tamten okres. Prof. Kowalik, rzeczowo, korzystając z imponującego dorobku naukowego wiodących przedstawicieli nauk społecznych, licznych badań, pokaźnych danych statystycznych i artykułów prasowych, jak również z prywatnych doświadczeń, broni uparcie swojej tezy, że "terapia szokowa" była działaniem nieuzasadnionym i szkodliwym dla polskiego społeczeństwa.
Autor przede wszystkim wskazuje na niewykonanie założeń planu Balcerowicza (w tym wypadku plan ten wypada nawet nieporównywalnie gorzej od osiągnięć powojennego planu trzyletniego autorstwa Czesława Bobrowskiego). Pożądane wskaźniki udało się uzyskać często z kilkuletnim opóźnieniem. O ile obrońcy osoby byłego wicepremiera i ministra finansów rzeczywiście czasem przyznają, że założone przez niego wskaźniki były zbyt optymistyczne, chwalą Balcerowicza za jego odwagę, bezkompromisowość i podjęcie się trudnego zadania pierwszego w historii "skoku" z realnego socjalizmu do wolnego rynku, co było zadaniem o tyle skomplikowanym, że "błędy w sztuce" były w nie niejako wpisane.
Jednak to właśnie w zacietrzewieniu i zamknięciu na inne środowiska Balcerowicza, Kowalik widzi jego największą słabość. Wskazuje, że ten młody wówczas i nie tak znany ekonomista, przedstawił swoje rozwiązania jako jedynie słuszną drogę, niemal "prawdę obiektywną", z którą dyskutować niepodobna. Zwolennicy Balcerowicza, jak i on sam, dziś uparcie powtarzają, że wówczas nie było alternatywy. Kowalik przedstawia jasne dowody, że Polska mogła, a nawet powinna szukać innej drogi. To ignorancja Balcerowicza w stosunku do cudzych, jakże cennych doświadczeń, skazała Polskę na najgorszy z możliwych - zdaniem autora - model kapitalizmu. O ile doświadczenia chińskie i wietnamskie można było nazwać "egzotycznymi", o tyle zupełnie nieuzasadniona jest niechęć w stosunku do rozwiązań skandynawskich, czy austriackich. Te stojące wówczas w opozycji do neoliberalnego paradygmatu, podbijającego świat przy pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, wbrew dominującej opinii piewców teorii F.A. von Hayeka i Miltona Friedmana, były żywym dowodem na to, że szybki wzrost gospodarczy nie musi wcale łączyć się z rosnącymi nierównościami społecznymi. Lekcję tę, jako jedyna z byłego bloku sowieckiego, odrobiła Słowenia i jak widać z perspektywy czasu, dobrze na tym wyszła. Co ciekawe, sam Balcerowicz i jego najbliżsi współpracownicy, jeszcze w miesiącach poprzedzających powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego, nie proponowali tak jednoznacznie liberalnych rozwiązań, jakie ostatecznie przyjęto. Autor wytyka zresztą premierowi i reszcie obozu rządzącego podatność na wpływy, otoczenie się jednostronnymi doradcami, chwiejność poglądów i zagubienie w obliczu tak ważnej misji.
Kowalik pokazuje, że w Polsce zupełnie nie było podstaw do przeprowadzenia w transformacji zainspirowanej modelem anglosaskim. Przecież jeszcze w 1980 r. to w Polsce działał największy na świecie, 10-milionowy ruch związkowy ("Solidarność"), który wystosował silnie socjalne postulaty "Sierpnia '80". Nagłe, spektakularne odejście od tych żądań, w oczach autora było nieracjonalne. Świat pracy ostatecznie demokratyczne polskie władze potraktowały z taką samą ignorancją jak miały to w zwyczaju władze w PRL. Zabrakło społecznych konsultacji, nie dopuszczono do głosu ekonomistów innej maści niż wyznawców "reaganomics" - wybranie modelu, o jaki oparty została transformacja, nie miało zatem z demokratycznym procesem (o które przecież walczyła "Solidarność") wiele wspólnego.
Społeczne skutki tego procesu okazują się być druzgocące. Polska śmiało może nazwać się jednym z liderów "cywilizacji nierówności", mając jedne z najgorszych wskaźników wśród państw Unii Europejskiej i OECD, chociażby: utrzymujące się stale wysokie bezrobocie (co najbardziej przerażające - autorzy transformacji wcale nie zakładali niższego!), szczególnie dotykające osoby młode, często zmuszone do emigracji; niewykształcenie się klasy średniej; wzrastający odsetek osób żyjących poniżej minimum socjalnego i minimum egzystencji; wysoki współczynnik Giniego (mówiący o nierównościach w społeczeństwie); niskie zasiłki dla bezrobotnych i środki na aktywne programy rynku pracy; pogarszające się warunki bezpieczeństwa i higieny pracy; rozrost "szarej strefy".
Polska transformacja inspirowana była polityką Ronalda Reagana w USA i Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. O ile kraje te wraz z upływem lat coraz wyraźniej zaczęły odchodzić od wolnorynkowej ortodoksji, a rozwiązania "konsensusu waszyngtońskiego" na całym świecie przyjmowane były raczej jako "zło konieczne", które należy przyjąć w zamian za pożyczki w obliczu zapaści krajowych gospodarek, czy poważnego zadłużenia, o tyle w Polsce - co zadziwiło nawet Jeffreya Sachsa, doradcę rządu Mazowieckiego - dobrowolnie przyjęto najbardziej radykalną propozycję MFW. Od tego czasu neoliberalizm stosowany w praktyce poniósł wiele klęsk, wywołał poważne kryzysy na całym świecie (np. kryzys tequila w Meksyku, kryzys rosyjski, kryzys azjatycki, czy wreszcie globalny kryzys z 2008 r.), dokonał nieprawdopodobnego transferu środków od biednych do bogatych (stąd mówi się o "cywilizacji nierówności"), rozmontował świadczenia socjalne, umocnił międzynarodowe korporacje, a w teorii jego słabości wykazali wybitni badacze (np. Joseph Stiglitz, George Soros, czy Paul Krugman). Mimo to na gruncie polskim kierunek ten nadal cieszy się dużym uznaniem, a osoba Leszka Balcerowicza przez jednych (których zazwyczaj przedstawia się - w pewnym stopniu słusznie - jako wykształconych i otwartych) otoczona jest kultem, zaś przez drugich (dyskredytowanych - też w pewnym stopniu słusznie - jako niedouczonych i zaściankowych) jest wprost znienawidzona.
"www.polskatransformacja.pl" jest pozycją o tyle cenną, że kult kurczowo trzymającego się swoich przekonań, ignorującego światowe trendy Balcerowicza bezlitośnie podważa i to w taki sposób, że nie można jej po prostu zbyć i nazwać pseudointelektualnym bełkotem, czy populizmem, jak zwykł to czynić Balcerowicz i oddani mu dziennikarze. Z 20 lat transformacji udaje zdjąć klimat tabu. Udowadnia, że o tym okresie można, a nawet trzeba rozmawiać. Wcale nie po to, by oskarżać, wytykać błędy, podnosić okrzyki o zdradzie narodowej i efektownymi, agresywnymi hasłami wygrywać wybory za pomocą elektoratu, który na transformacji przegrał. Przede wszystkim po to, by rozpocząć w Polsce poważną debatę nad kierunkiem przyszłej polityki gospodarczej. Autor przedstawia także pewne pomysły, które mogą stać się przyczynkiem do takiej debaty.
Książka prof. Kowalika jest po "Doktrynie szoku" Naomi Klein i "Klęsce Solidarności" Davida Osta, trzecią pozycją wydawnictwa "Muza", która pozwala nam lepiej zrozumieć przemiany, jakich doświadczyliśmy. O ile kanadyjska dziennikarka ukazuje pewien trend, wedle którego zmieniał się w ostatnich dziesięcioleciach świat i wspomina przy okazji o Polsce, o tyle amerykański politolog i polski ekonomista analizują jak trend ten przez 20 lat zmienił nasz kraj. Mamy do czynienia ze swego rodzaju trylogią, która opowiada naszą historię. Tym bardziej zastanawiające jest to, że dwóch z trzech autorów to nie nasi rodacy. To także jest symptomatyczne i pokazuje jedynie, że zbyt trudno nam, Polakom zdemitologizować nas samych. Bez tego jednak skazani będziemy na wieczny pojedynek obrońców mitów i ich barbarzyńskich, populistycznych pogromców a'la Andrzej Lepper. Nie wystarczy, że Balcerowicz odejdzie. Ważne, żeby nie odszedł do historii jako nieskazitelny, pozbawiony wad architekt wzorcowo przeprowadzonej transformacji.
środa, 24 marca 2010
"Ironia losu"- Marzena Gębala
Ale po kolei.
Kilka dni temu ruszyła akcja zbierania podpisów pod projektem ustawy domagającej się zwiększenia ilości państwowych żłobków i przedszkoli. Jest to problem palący już od wielu lat. Ileż to rodzin musi się nastać w kolejkach by się na ten przywilej, bo u nas w Polsce państwowe przedszkole i żłobek to przywilej, doczekać i mówiąc brzydko załapać. W kuriozalnych przypadkach ( a państwo polskie jest z nich znane) należy dziecko zapisać przed urodzeniem, bądź co najmniej dwa lata przed jego faktycznym pójściem do tej, czy innej placówki. Pierwszeństwo mają samotni rodzice, co jest poniekąd uzasadnione, ale co budzi sprzeciw, niechęć i frustrację rodziców, którzy tworzą tak zwane rodziny pełne. I to też jest uzasadnione. Dają się słyszeć rozgoryczone głosy par zapowiadające rozwód bo to, ich zdaniem, jedyna szansa na przedszkole dla dziecka, które nie zrujnuje domowego budżetu.
Tym bardziej udział w akcji i sam podpis jest bardzo ważny. Nasze społeczeństwo słynie jednak z tego, że bardzo niechętnie udziela się w jakichkolwiek akcjach społecznych i unika jak ognia podpisów w jakichkolwiek sprawach nawet, jeśli chodzi o tak niewinne sprawy jak przedszkola i żłobki i nawet jeśli te sprawy żywo ich dotykają. Węszą w tym spisek zdziczałych feministek, bo w sumie, kto, jak nie one, są znane z takich podejrzanych akcji.
Na przekonaniu męża mojej siostry spędziłam trochę czasu. Moja siostra również. Myślałam już, że nie przejdzie. Magda nawet wpisała w rubryczki imię, nazwisko, i PESEL męża podsuwając mu tylko kartkę do podpisu. Żeby nie musiał się kłopotać. Wiadomo przecież, że żłobek czy przedszkole to nie męska sprawa. Ale dla „ prawdziwego mężczyzny” ruch ręką (czy głową) to czasem zbyt wiele. Zaczął wiercić dziurę w całym, a znając moje przekonania stwierdził, że on nie podpisze, bo nie wie co podpisuje. ( To nic, że wytłumaczyłam wcześniej skąd wniosek wyszedł, po co i dlaczego a moja siostra mnie w tym poparła ) .Spisek bab to zawsze spisek bab. Babie się nie ufa. Z zasady. W końcu udało nam się go nakłonić, że to potrzebne, i że nie podpisuje się pod ustawą o kastracji mężów.
Następnego dnia Moja siostra poszła zapisać swego trzyletniego synka do przedszkola. Nie przewidywała problemów, dzieci u nas wszak nie tak znowu wiele. Przyszła podenerwowana. Dzieci jednak za dużo, bo w Kalnej przedszkola nie ma, więc dzieci z Kalnej przyjeżdżają do nas. Została dokładnie wypytana w jakiej jest sytuacji, a to, że ma rentę zdrowotną (więc może sobie spokojnie siedzieć w domu za 500 zł miesięcznie) dodatkowo skomplikowało sprawę. Bo przecież są matki, które musza pracować. Ona nie musi. Ma rentę. Więc zaczynają się schody i kombinowania. Że może mama zna jakąś tam panią wicedyrektor, a pani wicedyrektor zna panią dyrektor i może jak pani wice spotka się z panią dr to może.. w ten sposób może przedszkole się uda załatwić. Później grzebanie w Internecie kto ma pierwszeństwo: dwu i półlatki czy trzylatki, mamy zdrowe czy mamy chore. Okazało się że mamy chore z trzylatkami. Siostra odetchnęła. Ma farta, szczęściara. Jest chorą mamą z trzylatkiem, która jednak marzy o tym, by zostawić dziecko w przedszkolu, poszukać pracy i wrócić do normalności. Opiekując się dzieckiem nie może nawet zażywać leków, które czasem różnie działają. I znów wracamy do męża, który gdy jego żona gryząc przy komputerze paznokcie sprawdzała, czy to dobrze, że jest chorą mamą z trzylatkiem, siedział sobie w pracy, być może nadal myśląc, czy nie dał się właśnie wykastrować. Od tej pory jeszcze ich nie odwiedziłam, właśnie się wybieram. Magda zapewne już wszystko mu opowiedziała. Biedny „prawdziwy mężczyzna”, może wreszcie ruszył główką – makówką, i stwierdził, że podpisał się jednak w słusznej sprawie. I że niekoniecznie go wykastrują. Idę. I nie omieszkam powiedzieć z przekąsem: a nie mówiłam, że przedszkola są potrzebne!

